poniedziałek, 25 listopada 2013

Last week

Nowe przemyślenia? Po pierwsze: Amerykanie nie potrafią dobrze jeździć autami, wyprzedzają z prawej na autostradzie, skręcają bez kierunkowskazów, zatrzymują się nagle na środku drogi i po prostu stoją. Trochę zalatuję Polską, ale chyba jednak jest gorzej. Ale za to każdy się uśmiecha, nie miewają chyba gorszych dni. Pogoda ciągle dopisuje, więc nie mogą choćby na nią ponarzekać. Teraz przyszła jesień i tak raz, dwa razy w tygodniu spadnie deszcz, ale pada cały dzień, a już następnego dnia znów 20 stopni, ot taka to pora roku. Kalosze zamówione na Amazonie, czekam aż zostaną przysłane. 

Po drugie: wszystko jest tańsze, nie wiem dlaczego, ale od pierwszego dnia tutaj nie przeliczam dolarów na złotówki. Podejrzewam, że ma to związek z faktem, iż zarabiam w dolarach, bo w mieszkając w Niemczech zawsze przeliczałam euro na złotówki, bo jednak to plny były na koncie, a nie ojro. Tu jest odwrotnie. Trudno mi powiedzieć czy jedzenie jest tu drogie, kupuje je, ale za nie nie płacę z własnej kieszeni. Paczka rzekomo organicznych ciasteczek z czekoladą kosztuje 5 dolarów, organiczne 2 litrowe mleko ponad 4 dolary. Przykładów można by mnożyć i mnożyć. Kosmetyki są tańsze niż u nas, na przykład puder Clarins tu około 10-15 dolarów, w Niemczech kosztuje 30 euro.

Amerykanie to śmieszny naród, kupują niby wszystko zdrowe i organiczne, po czym w sklepie sięgają po gotowe mrożonki. Zwróciłam na to uwagę, a oni na to, że to zdrowe jest, bo przecież na opakowaniu jest napis "organic". No więc taki to sposób myślenia. Albo robią jajecznice w mikrofalówce! Wyobrażacie sobie? Ja byłam w szoku! Wkładają do miski rozkłócone jajka i na minute do mikrofalówki, mieszają, znów na minutę i tak kilka razy i voila! wychodzi jajecznica, podejrzewam, że najgorsza na świecie. Nie odważyłam się spróbować. 

Z innych obserwacji- Danville to bogata bańka, w której żyją bogaci ludzie po 40 i 50 roku życia. Dużo luksusowych aut, widać pieniądze, za to nie widziałam w mieście żadnego Murzyna, Meksykanie funkcjonują tu jako ogrodnicy lub murarze. Ale gdy tylko się wyjedzie poza miasto, do oddalonego o pół godziny jazdy na zachód Oakland, widać biedę, zróżnicowanie społeczne i rasowe. To śmieszne, ale tam nawet drogi są dziurawe, co jest nie do pomyślenia w Danville. Na moim osiedlu dostaje się ostrzeżenie, a później mandat za wiele bardzo poważnych przestępstw- nie schowanie kubłów na śmieci sprzed domu po wizycie śmieciarki, czy za to, że trawa przed domem jest żółta, a nie zielona- i to są przykłady prawdziwe, nie wymyślone. To takie zamknięte, idealne środowisko, hermetyczna przestrzeń, w której jednak mimo wszystko każdy z nas chciałby żyć. Jest idealnie. 


Od prawej- Asia i Ewa, niżej Net z Tajlandii, a dalej Jojo z Serbii i ja.





Silnoręki




Nie moja wbrew pozorom.


Asia, ja i Ewa




"Kupki się zdarzają, tylko proszę nie tu!"


Peace!


Gwiazdkowa wystawa w Tiffany's.


Poloki


Bay Bridge w nocy


Pozostałości po Halloween. Tu czarne dynie zrobione na nietoperki



Kino w domu.



Każdy inaczej odczuwa temperaturę powietrza.


Tu nie ma TK Maxa, tylko TJ Max. Na początku myślałam, że ludzie źle to wymawiają i chciałam ich poprawiać, ale jak zobaczyłam neon sklepu to byłam już cicho. Rzeczy w TJ Maxie dostępne w USA, są o wiele tańsze niż w Europie. Faktycznie "big brands, small prices" (znane marki, małe ceny). Nie napiszę ceny tych loafersów Ralpha Laurena, bo tata się zdenerwuje, ale uwierzcie na słowo, że relatywnie było to mało pieniędzy (słowo relatywnie jest tu kluczem..) ;-)


Go, go Power Rangers!




6-cio pasmowa autostrada!



niedziela, 24 listopada 2013

Stanford

Uniwersytet StanfordaThe Leland Stanford Junior University to prywatny uniwersytet w Stanfordzie,w Dolinie Krzemowej, jakąś godzinę jazdy od Danville.
Stanford University został założony przez byłego gubernatora Kalifornii Lelanda Stanforda i jego żonę Jane Stanford w 1891 na cześć zmarłego dwa miesiące przed swymi szesnastymi urodzinami syna. Zmarły syn Stanfordów został patronem uniwersytetu, „aby dzieci Kalifornii były naszymi dziećmi”. 1 października 1891 uniwersytet został otwarty. 
Ufundowana przez nich 127 lat temu uczelnia przebija wszystkie, jakie wcześniej można zobaczyć- architekturą, atmosferą i wielkością (690 budynków, 3310 ha, 80 km dróg). Kamienne budowle z podcieniami, alejki pod palmami (w sumie 43 tys. drzew) oraz rozległe skwery z 25 fontannami i równo przyciętą trawą tworzą niepowtarzalny naukowo-piknikowy klimat, gdzie wszyscy (a co roku przybywa tu 15 tys. studentów) czują się jak u siebie. W najnowszym akademickim rankingu najlepszych uczelni świata Stanford plasuje się na drugim miejscu za Harvardem. Wśród absolwentów ma aż 27 noblistów, z czego 17 wykłada na uczelni.




Olśniewająca aleja obsadzona ogromnymi plamami.


Quadrangle, zwany również the Quad- plac otoczony arkadami i budowlami z kolumnami.










Memorial Church (1903)- kopuła i fasady pokryte są mozaikami, kościół wzniesiony przez Jane Stanford dla zmarłego męża. Z ciekawostek- kościelne organy posiadają 7777 piszczałek. Szkoda, że nie 666.




Wzięte z internetu:
"Jedno z popularnych haseł w Dolinie Krzemowej to "it's OK to fail". Przyzwolenie na porażkę jest tu dużo większe niż w Europie. Niepowodzenia nie przynoszą wstydu, bierność - owszem. Kto spróbował, wzbogacił się o wnioski i doświadczenia. A więc mimo wszystko jest do przodu. Na otwartych wykładach studenci i absolwenci bez żenady opowiadają o swoich potknięciach na ścieżce zawodowego rozwoju. Wychodzą z założenia, że porażka jest świetnym punktem wyjścia, bo dokładnie pokazuje, gdzie popełniono błąd." Uważam, że to bardzo mądre.




Cytrynki w listopadzie


Hoover Tower (1941), wieża zegarowa o wysokości 87 m, nazwana na cześć byłego prezydenta Stanów Zjednoczonych (gdyby ktoś się zastanawiał jakiego, to podpowiem, że był to John Edgar Hoover), który ukończył geologię na tymże Uniwersytecie.










Limonki też były



Rok studiów kosztuje tu ok. 55 tys. dolarów.